Do Nowej Słupii przyjechaliśmy dzień wcześniej. Cały wyjazd oprócz wiadomego celu – reportażu z najlepszego wesela jakie Góry Świętokrzyskie widziały – miał też dać mi i mojemu P. czas na odpoczynek i zwiedzanie. Na spokojnie miałam chwilę na poznanie okolicy i zobaczenie, gdzie następnego dnia mnie nogi poniosą.

Cisza przed burzą – przygotowania

Z samego rana odsłoniłam firany w pokoju i pierwsze co zobaczyłam to piękny widok na góry. Otworzyłam okno, wzięłam głęboki wdech górskiego powietrza i tak pełna chęci i energii ruszyłam do Marzeny i Michała.

No właśnie – M&M to główni bohaterowie dzisiejszej historii. Marzena napisała do mnie z polecenia mojego, dobrego znajomego Przemka Grabowskiego. (Przemek dzięki Ci, że miałeś zajęty termin inaczej nie poznałabym tych zajebistych ludzi!). Kameralne wesele, 60 osób, wszystko w formacie slow wedding. Czego chcieć więcej ?
W drodze miałam trochę stresa bo zazwyczaj widzę się z parami przed reportażem, możemy się opatrzyć, poznać, a tym razem Marzenę i Michała miałam poznać dopiero na miejscu. Stres był bo kiedyś na ślubie już miałam okazję zostać wkręcona przez Pana Młodego, który miał bliźniaka. Nie powiem, w punkt, a ja klasycznie połknęłam haczyk 😀
Na szczęście przed hotelem od razu dostrzegłam piękną blondynkę – Marzenę – stres uciekł, a ja z ogromnym uśmiechem wpadłam w wir zdjęć i rozmowy. Chwilę później miałam okazję poznać Michała – przystojny, w okularach i uśmiechem 10/10. “Ludzie z Twojej planety, do tego jak z okładki Vogue. Aga no masz szczęście!” – pomyślałam po cichu (bo myśleć można też głośno, ale o tym kiedy indziej 😉 ).

Ślub w Opactwie na Łysej Górze

Łysa Góra. Kiedyś miejsce sabatów czarownic i wiedźm, a dziś znajduje się tam Bazylika, która jest wpisana do rejestru Pomników Historii. Zdecydowanie w takim miejscu nie miałam okazji fotografować, a na pewno nigdy nie wchodziłam pieszo na wysokość 595 m n.p.m., żeby uwiecznić ślub!
Sanktuarium mimo wielu podpaleń i zniszczeń, teraz, pięknie odnowione, wygląda jak mała cząstka Włoch. Beżowe barwy, marmurowe podłogi i elementy w stylu późnego gotyku oraz baroku składają się na widok zapierający dech w piersiach.
Wśród tych pięknych sklepień za chwilę Marzena i Michał powiedzą sobie tak.

Wesele w Świętokrzyskim Dworze w Wólce Milanowskiej

Czas na wesele!
Piękna oranżeria położona pośród Świętokrzyskich Gór, slow wedding, takie przyjęcie jakie sobie wymarzyli. Tutaj nie było planu odmierzonego co do minuty, nie było stresu i pośpiechu, a mimo wszystko było najpiękniej. Moje miejsce było pośród wszystkich gości, mogłam się poczuć jak w rodzinie, a dzięki temu żyć wszystkimi emocjami. No błagam Was, czy widzieliście kiedyś Parę Młodą, która prosi fotografa, żeby też trochę zjadł, pobawił się ? No ja tak! Marzenka i Michał to złoci ludzie!
Takie mieli zamierzenie – zero spiny!
Czy był DJ ? NIE! Czy był ogień na parkiecie ? TAK! Watch it, feel it!

Plener poślubny na górze Miedziance

Po weselu każdy potrzebował odpoczynku, nie miałam sumienia ściągać M&M na plener dnia następnego bo już po samych wiadomościach od Marzeny na Insta dało się wyczuć, że to była dooooooobra impreza!
Dzięki temu miałam jeszcze trochę czasu na research i znalezienie idealnego miejsca. Nie lada wyzwanie zaskoczyć piękną miejscówką Pannę Młodą urodzoną w górach, przecież mieszkała tu tyle lat i pewnie każdy zakątek zna jak własną kieszeń.

Uwaga, mały spoiler! Udało mi się!

Jest takie urokliwe miejsce, gdzie ma się wrażenie, że cywilizacja tam jeszcze nie trafiła. Jedna góra, a trzy szczyty. Mowa o górze Miedziance. Ta piękna miejscówka do momentu pleneru była dla M&M tajemnicą, więc tym bardziej byłam zachwycona, że zabiorę ich w tak urokliwe miejsce.
W poniedziałek od rana ustalaliśmy plan. Co, kiedy, gdzie, znaki dymne, po których będziemy wiedzieć gdzie jechać bo określenie punktu spotkania na górze jest.. dosyć ciężkie 😉

No i tym sposobem jedziemy na sesję przy zachodzie słońca. Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że całe niebo pokryły chmury i o słońcu można było zapomnieć. Czy zawróciliśmy ? Jak mantrę powtarzałam po drodze, w rozmowie z Marzeną i Michałem, że jedziemy dalej i będzie wszystko dobrze, jeszcze słońce zaświeci.

Na górę prowadził szlak przez krzaki, wypełniony pułapkami z małych zapadlisk. Trudno nazwać go szlakiem, to raczej droga wydeptana przez innych wariatów, takich jak my. Przez cały czas chmury nie ruszały się nawet na milimetr, a wiatr hulał jak kieleckim. Na miejscu moich bohaterów opowieści stwierdziła bym, że jestem wariatką i zawróciła, a oni (razem z niezastąpioną pomocą, którą zobaczycie na zdjęciach 🙂 ) szli dalej ze mną. Zobaczcie niżej jak skończyła się nasza wędrówka.

M&M dziękuję za tą przygodę i zaufanie. Liczę na to, a właściwie to wiem, że jeszcze się spotkamy i zrobimy coś równie fantastycznego.

Podobała się Wam ta historia ? Napiszcie do mnie i porozmawiajmy o tym jak będzie wyglądała Wasza. Obiecuję, że dla Was też wyczaruję słońce :).